| tekst: Włodzimierz Łysiński opracował na podstawie wspomnień swojego dziadka Jerzy Łysiński |
| Trochę o wypadkach jeździeckich |
| Kto jeździ konno - musiał zaczynać, a kto zaczynał i robił to śmiało - ten musiał niejednokrotnie, czy to na łeb zlecieć samemu, czy też razem z koniem zrolować. Jedno i drugie może się też źle skończyć, ale najniebezpieczniejszym wypadkiem i prawie zawsze śmiertelnym bywa pozostawienie nogi w strzemieniu. Doświadczonemu jeźdźcowi, trzymającemu strzemię prawidłowo nigdy się taka przygoda nie zdarzy. Duże znaczenie ma kształt buta, a względnie i odpowiednia wysokość obcasa. Oczywiście, że samo strzemię nie powinno być za duże ani też za ciasne. Podstawa strzemienia powinna być od wewnątrz ostro i drobno ponacinana, by się podeszwa nie ślizgała. |
| Miałem 10 lat, gdy zacząłem w siodle konno jeździć. Pierwszych lekcji dawał mi mój Ojciec, świetny jeździec i nadzwyczaj śmiały. Jego instruktorami byli jeszcze kawalerzyści, oficerowie dawnej armii polskiej (Królestwa Kongresowego), a w szczególności porucznik 2 pułku ułanów Wyrzykowski, uczestnik szarży na Kirasjerów księcia Alberta pod Grochowem. |
| Ojciec miał w Zawadach stadninę dla własnego remontu, składajcą się z kilkunastu źrebaków, z których zawsze wybierał sobie coś pod wierzch i sam takiego osobnika objeżdżał. Pamiętam jak zawsze z natężeniem patrzyłem na dzikie harce takiego konia pod Ojcem. Nie przypominam sobie jednak, aby go który zrzucił. Matka nasza przyglądała się temu ze spokojem. Sama dobrze jeździła konno. Po pierwszej lekcji i dalszych ćwiczeniach, nabrałem i ja odwagi i zrozumiałem, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Co więcej, doszedłem już wtedy do wniosku, że jazda na koniu spokojnym i leniwym - nie daje żadnego zadowolenia. W istocie na takim koniu nigdy się do wprawy nie dojdzie. |
| Śmiesznym wygląda początkujący jeździec na chabecie. Koń człapie jak krowa, a ten siedzi w siodle z dumną miną - patrzajcie! Jadę! Aby pewnie trzymać się w siodle i opanować możliwie sztukę jazdy - trzeba jeździć na wielu koniach i tylko na koniach z temperamentem. Zresztą nie mam tu zupełnie zamiaru wykładania sztuki jazdy konnej. Zrobili to inni już dawno i robią w dalszym ciągu, modernizując hippikę coraz więcej. Może to i dobrze, ale mam wrażenie, ze wskazówki Dorohostayskiego, wydane w XVI-ym stuleciu - nic na swej wartości nie straciły. Mieliśmy świetne szarże kawalerii polskiej, która przecie nowoczesnej szkoły włoskiej nie znała. Kawalerzysta siedział głęboko w siodle, kłuł, rąbał i brał przeszkody jak anioł, a prezencję miał wprost świetną, wspaniałą. Doskonała też była kawaleria rosyjska za czasów carskich. |
| Koń wierzchowy powinien mieć przede wszystkim dobre nogi. Koń o twardym pysku jest przykry dla jeźdźca. Koń o bardzo miękkim pysku wymaga wprawnej i lekkiej ręki. Przykrym jest również i męczącym tzw. "sztoser". Konie trzymane w ciemnej stajni psują sobie wzrok i stają się płochliwe. Wprawny jeździec nic sobie z ich niespodziewanych ruchów nie robi, natomiast początkujący - często się na ziemi znajdzie. |
| Miałem wierzchowca, który, gdy zerwało się przed nim stado kuropatw, robił szalony rzut w bok, a następnie parę wolt lub skoków "baranich", co było groszem jeszcze. Ja sobie nic z tego nie robiłem, ale każdy z mniej wprawnych leżałby jak długi. Dlatego też używanie koni płochliwych nie jest dla początkujących wskazane. Pamiętam pierwszy mój wypadek w Zawadach. Puściłem moją klacz (...) na polnej drodze. Droga rozchodziła się w pewnym miejscu, a w rozwidleniu leżał wielki kopiec graniczny. Chciałem skręcić drogą na prawo, klacz miała chęć iść na lewo, gdyż zatęskniła do domu. Zacząłem się z nią mocować i w rezultacie wpadliśmy na mój kopiec. Kobyła zaryła nozdrzami w darninę, a ja znalazłem się na tyłku po drugiej stronie kopca. Miałem jeszcze kilkanaście wypadków w tych czasach. To koń mi padł na przednie nogi, to ja zleciałem, a dwa razy wpakowałem się w bagno, co było bardzo nieprzyjemne i dla mnie i dla konia. Upadł mi raz koń, poślizgnąwszy się na szynach i ledwo zdążyliśmy umknąć przed nadjeżdżającym pociągiem. |
| Ale najgorszy wypadek był taki - stawialiśmy stertę koniczyny. Przy robocie był mój Ojciec i ja - obydwaj konno. Już sterta była na ukończeniu, gdy nadciągnęła burza. Ojciec powoli odjechał ku domowi, ja zaś stojąc tyłem do chmury popędzałem robotników, kończących dach na stercie. Założyli ostatnie wikliny i poczęli schodzić na ziemię, a ja zawróciłem w stronę domu. Widzę, że deszcz go już zakrył przed oczami, pioruny walą, wypuściłem moją półkrwi kobyłę z miejsca kasjerem. Może przecwałowałem sto kroków po owem koniczynisku, gdy klacz wpadła nogą w dziurę, wykopaną przez psy i roluje ze mną na łeb. Przekoziołkowałem z dziesięć kroków. Kobyła też fiknęła kozła, jak mi później fornale mówili. Potłukłem się mocno, jakiś kurcz złapał mnie za płuca bo tchu mi zabrakło, ale najgorszem było to, że klacz została splączona. Poprowadziłem kulejącą, sam kulejąc do domu. Zmokłem jak nieszczęście. |
| Głupstwo jednak - upadek na polnej drodze, bo ziemia zawsze miękka, gorzej jest, gdy awaria przytrafi się na szosie lub na bruku. Tu już kości połamać łatwo a i koń może się ciężko pokaleczyć. Były nawet wypadki, że koń się zabił. Dlatego też na takich drogach bez ważnego powodu nigdy nie powinno się ostro cwałować, a najwyżej kurc-galopem jechać. W ogóle jazda po kamieniach psuje koniowi kopyta. Bardzo łatwo wywrócić się z koniem nawet w kłusie na przemokłej silnie murawie, przy ostrym zwrocie. Miałem dwa razy taki wypadek na łące. |
| Jeżeli mowa o dosiadaniu konia przez chłopca, uważam, że do 10 lat nie powinno się go w siodło sadzać. Niech się ćwiczy "na oklep", a jeszcze lepiej, gdy ma przymocowaną grubo złożona derkę na jakimś mierzynku czy kucu, aby sobie siedzenia nie odparzał no i do ziemi miał bliżej. Pospada, pospada, a w końcu się przyzwyczai. Niestety w latach, kiedy mój syn dochodził do powyższego wieku - nie miałem możności dać mu takiego podjezdka, ani też sam możliwego wierzchowca nie miałem. Skończyły się dobre czasy, a spracowane fornale nie nęciły mnie bynajmniej. |
| Zanim mi Ojciec pozwolił jeździć w siodle, używałem też jazdy na oklep dowoli, ale przeważnie na fornalskich koniach, co się najczęściej zdarzało, gdy szły konie na pastwisko i z powrotem. Chłopak, który pasł stadninę miał jedną klacz wyjeżdżoną i na niej za stadem podążał. Często robiłem to za niego i wtedy w szalonym tempie pędziłem stado do domu, za co parę razy dostałem od Ojca, a chłopak po karku. Wynagradzałem mu to jabłkami lub śliwkami. Tak czy owak - jazda na oklep jest tylko parodią jazdy konnej, a przy tem bardzo męcząca w kłusie, przy skoku wzwyż trudno dosiedzieć i w dodatku można przepukliny dostać bardzo łatwo. Tyle jedynie pożytku, że się chłopak powoli z koniem zżywa. Kłusowanie na oklep nie tylko dla jeźdźca jest męczące. Meczy się i koń, szczególnie pod cięższym osobnikiem. Poza tem, gdy się ma do czynienia z koniem narowistym, który się rzuca lub dębi - bardzo prędko na ziemię się zjedzie. Gorzej go też dosiadać. W kawalerii odbywają się specjalne ćwiczenia "na oklep", czego żołnierze bardzo nie lubią, szczególniej na przeszkodach. Używano w takich razach specjalnych opasek ochronnych na jądrach - w kawalerii rosyjskiej za moich czasów. |
| Ostatni wypadek miałem podczas wojny bolszewickiej, kiedy to służyłem w jeździe ochotniczej Jaworskiego. Prowadziłem patrol w pewnej wsi za Białą Podlaską. Na wzgórzu stał kościół otoczony murem, koło którego biegła droga. Rozdzieliłem patrol i pokłusowaliśmy na około - ku sobie. Diabli nadali, że dla celów remontowych wylali na owej drodze wapno i przysypali dół piaskiem. Zagrodzić im się widać nie chciało. Noc była księżycowa, ale trudno było coś zauważyć i wpadłem z koniem po brzuch w ową białą maź. Musiałem przez godzinę obmywać konia. Zniszczyłem rajtuzy i trencz porządnie. To było stokroć gorsze niż upadek w bagno. Dobrze jeszcze, że było nas więcej i pomogli mi ułani, bo nie wiem, czy bym się do rana oczyścił i obmył. |
![]() | Włodzimierz Łysiński | ![]() |
| Urodził się w 1878 roku w Zawadach. Zmarł w roku 1953 w Gdyni. Ziemianin, rolnik i administrator. Zamiłowany myśliwy. Weteran wojny rosyjsko-japońskiej (1905) i polsko-bolszewickiej (1920). Pozostawił obszerne wspomnienia, barwnie dokumentujące czasy przełomu i początku XX wieku. |